Testowanie na zwierzętach? Nie, dziękuję

Beauty, Osobiście

Męczy mnie ten temat od około trzech tygodni, czyli od chwili, gdy obejrzałam film Juszes. Oczywiście wiedziałam, że takie zjawisko istnieje, jednak nigdy specjalnie się tym nie przejmowałam. Patrzyłam na składy kosmetyków, na opinie na ich temat, jednak nigdy nie sprawdzałam, czy są testowane na zwierzętach.

Nie będę powtarzać po Justynie wszystkiego. Obejrzyjcie jej wideo i dopiero przejdźcie do czytania tego posta.

Reklamy

Nie chce mi się

Osobiście

Znów zaczęłam się złościć sama na siebie, że zaniedbałam blogaFakt, że wrzucam wszystkie muzyczne nowości na Twittera mi nie wystarcza, a z drugiej strony jakoś nie mogę się zabrać za dłuższe rozpisywanie się. Chciałabym przekazać Wam w więcej niż 140 znakach swoje muzyczne odczucia.  

nope.jpg

Satysfakcja z napisania tekstu jest nieporównywalna z niczym. Uwielbiam to uczucie dumy, że jakimś cudem udało mi się znaleźć odpowiednie słowa i skleić
w miarę sensowne zdania. Generalnie korzyści z pisania jest cholernie dużo. Poza samym faktem poszerzania swojej wiedzy, uczę się sprawnego dobierania słów. Wyruszam w głąb mojego mózgowia w poszukiwaniu coraz to bardziej wymyślnych porównań. Wszystko byłoby super, gdyby tylko mi się chciało. Naprawdę jest mi trudno usiąść i wyklikać te setki, a raczej w moim przypadku, tysiące słów. Ok, z napisaniem recenzji kosmetyku nie mam większego problemu, bo jednak nie jest to super ambitny temat. Mogę pisać i pisać, jednak to nie jest to samo, co w przypadku muzyki. W końcu to ona siedzi w moim sercu a nie spray termoochronny do włosów. 
 
Gdyby nie fakt, że piszę recenzje płyt do Light Magazine, to tkwiłabym w tym nieróbstwie po uszy. Nie działoby się w moim „blogerskim życiu” kompletnie nic. Dobrze, że mam narzucone jakieś obowiązki. Dobrze, że czuję presję, bo jednak jeśli jej nie ma, to robię sobie wieczne wakacje. Nie umiem sama sobie narzucać obowiązków. I nie pomoże tu starannie prowadzony notatnik z rysunkami i listą „To-do”. Czasem mam przebłyski motywacji, jednak po kilkudziesięciu godzinach zasłaniają je obłoki zrezygnowania. Ja po prostu potrzebuję kopa. Potrzebuję jakiegoś powodu, żeby daną rzecz zrobić. Szkoda, żeby ten mój „talent” się marnował. Szkoda, że nie można jakoś łatwiej przenieść myśli na internetowy papier. 
 
Może najpierw rozbujam się z jako takim pisaniem, nawet i o tych kosmetykach (bo w końcu się na tym znam, czemu nie?), a jak już będę dostatecznie rozbujana, to uderzę w muzykę? Może będzie mi łatwiej? Zobaczymy. Póki co, mogę sobie nalepić na czoło tabliczkę z napisem „Żeby tak mi się chciało, jak mi się nie chce” i zaprosić Was na mojego Instagrama, bo fotograficzna wena mnie nie opuszcza.

Wulkan niekultury

Osobiście

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że przemierzam ulice komunikacją wiejską a nie miejską. Żeby nie było – ja nie mam nic do ludzi pochodzących ze wsi, ale jak nazwać to, co się wyprawia w autobusach/tramwajach?

ko
Rozpychanie się, głośne rozmowy (często obfitujące w przekleństwa), puszczanie muzyki, powiadomienia w telefonie ustawione na maksymalną głośność, picie alkoholu… wymieniać dalej? Mam wrażenie, że od niektórych ludzi więcej kultury mają bakterie (no wiecie, kultury bakterii HE HE). Nie rozumiem, jak można być tak cholernymi egoistami. Korzystając z takiego a nie innego środka transportu, powinno się szanować przestrzeń oraz zmysły innych ludzi.

Pomyśl, że strasznie boli Cię głowa i jesteś zmęczony/a. Wtem:

Z jednej strony dobiegają do uszu głośne rozmowy 12-latków jakie to zajebiste filtry ma teraz Snapchat. Naprzeciwko siedzi pulchna pani, która ciamka gumą i co chwilę wystawia ją z ust. Nad głową stoi starsza, choć energiczna babcia i głośno rozmawia ze swoją równie energiczną sąsiadką, jaka to młodzież jest teraz niewychowana i miejsca nie ustąpi. Jeszcze gdzieś w oddali słyszysz mamuśkę, która chwali się psiapsiółce, że jej dziecko zrobiło kupę.

To tylko przykładowy scenariusz (oparty na faktach). Takich kombinacji nieprzyjemnych zdarzeń jest nieskończenie wiele.

Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie wynoszą z domu swoje prywatne sprawy i niczym ulotkarz wciskają je każdemu, kto pojawi się na ich drodze. Zero wstydu, zero oporów, zero uszanowania dla współpasażerów. Przecież gdyby to wszystko nie miało miejsca, podróż mijałaby naprawdę przyjemnie. Chciałabym móc swobodnie, po cichu porozmawiać z towarzyszącą mi osobą, a nie po sekundzie od wejścia do pojazdu pośpiesznie wyciągać z torby słuchawki. Chciałabym, żeby ludzie używali słowa „przepraszam”. Nie tylko młodzież wbrew powszechnej opinii jest niewychowana. Wiek w tej kwestii nie ma znaczenia. My wszyscy jesteśmy niewychowani.

Pamiętaj o powiedzeniu „nie rób drugiemu co tobie niemiłe”. Pamiętaj, żeby myśleć.
W końcu jesteś człowiekiem.

Kogo warto obserwować na Instagramie?

Osobiście, Social media

Przeglądanie tego serwisu to mój codzienny rytuał. Ale żeby nie było – nie robię tego nałogowo jak jeszcze parę miesięcy temu. Wchodziłam na niego tak bezmyślnie, jak my wszyscy lubimy bezmyślnie otwierać lodówkę z nadzieją, że może za 15 razem coś w niej znajdziemy. Jeśli spędzam dłuższy czas podróżując komunikacją miejską, to zaglądam na niego parę razy w ciągu dnia. Bywa czasem też tak, że przypominam sobie o nim dopiero tuż przed zasłonięciem rolet ocznych.

Stosunkowo niedawno wyczyściłam swoje konto. I nie chodzi tutaj już o wykasowanie zdjęć z białymi ramkami (o zgrozo). Odobserwowałam konta, które nie wzbogacają w żaden sposób mojego życia. Po co mi kolejne selfie w lustrze znajomej z liceum? Możecie uznać mnie za chama, ale naprawdę nie widzę sensu tkwić w tym toksycznym „związku” i karmić oczy czymś, czego one nie trawią. To serwis, na którym liczą się tylko i wyłącznie zdjęcia, a nie fakt, że kogoś znam parę lat.

Niepłytkie brzmienia – top płyty 2015 roku

Muzycznie, Osobiście

Rankingi, rankingi, rankingi. Wszyscy je robią. U mnie to nie będzie ranking a raczej zbiór. Kolejność zupełnie przypadkowa. Żadne ustawianie od najgorszego (z najlepszych) do najlepszego. Nie jestem w stanie tego zrobić, ponieważ darzę jednakowym uczuciem wiele gatunków muzycznych. Jeżeli znacie mój gust, to z pewnością większość pozycji nie będzie dla Was zaskoczeniem. No to co… w drogę! Gwarantuję udaną, muzyczną podróż.

git

1. ODESZA In Return (Deluxe Edition)

(ależ zaskoczenie)
Duet ten serwuje niezwykle klimatyczną, nieprzekombinowaną elektronikę. To nie jest typowa łupanka, którą puści DJ w klubie Venus w Przebieździewie. To jest ta JASNA STRONA elektroniki. Ta wysmakowana.

Rozszerzenie i tak już doskonałego albumu – może być lepiej? Według mnie, większość instrumentalnych wersji bije na głowę te oryginalne. Bez słów, bez jakichkolwiek pogłosów, można wychwycić jeszcze więcej brzmień. Niby taka niewielka zmiana a mam wrażenie, że słucham kompletnie innych utworów. Nie zapominajmy też o trzech, genialnych wykonaniach live (przy „IPlayYouListen” mam łzy w oczach. Tak wiem, powtarzam to już któryś raz) i utworze „Light”, za którym szczerze mówiąc nie przepadam z racji wokalu, ale jego wersję instrumentalną mogę już zapętlać w nieskończoność.

2. Fleur de lis In the Midst of Chaos There Is Stillness

Ten norweski zespół odkryłam stosunkowo niedawno. Pierwszym ich utworem, który usłyszałam było „Abide”. „Wygrałam w muzycznego lotka” – pomyślałam. To była miłość od pierwszego dźwięku. Niezwykła harmonia zachowana pomiędzy delikatnymi i mocnymi brzmieniami, budowanie napięcia i do tego ten subtelny wokal troszkę  à la Jón z Sigur Rós.

Gdzieś z miesiąc później moim oczom ukazał się artykuł na Arctic Drones, że Fleur de lis wydali album. Szybko wyszukałam go na Spotify i po chwili do moich uszu zaczęły docierać dźwięki równie doskonałe jak w „Abide”. Chyba żaden zespół tak idealnie nie połączył delikatności z narastającą dynamiką. Zawsze podkreślam fakt, że przy post-rocku odpływam, ale ich muzyka sprawia, że jestem w kompletnie innym wymiarze. To muzyka dla marzycieli. To muzyka, która wywołuje u mnie tę słynną kumulację emocji: mam ochotę płakać ze szczęścia, wrzeszczeć, skakać… Jestem niepoprawnie zakochana w ich twórczości.

3. Nothing But Thieves Nothing But Thieves (Deluxe)

Ależ ja czekałam na ten album. Ci Brytyjczycy spełniają w 100% moje wymagania względem energetycznych, mocnych brzmień (co nie oznacza, że nie potrafią w smutek i melancholię -> słuchaj „Lover, Please Stay”). Naprawdę bardzo trudno mnie pod tym względem zaspokoić. Wiele zespołów za bardzo upodabnia utwory do siebie. Czyżby brak pomysłu? Często nie jestem w stanie rozróżnić, którego już słuchałam, a którego nie. Dostaję chaos, papkę, masę brzmień, z których nie mogę wybrać niczego dla siebie (prawie jak w sklepach z ubraniami). Brakuje w nich tej wybijającej się na pierwszy plan, charakterystycznej melodii i często nawet genialny wokal nie jest w stanie uratować sytuacji.

Nothing But Thieves dają mi wszystko, czego chcę. Ten słynny motor napędowy w postaci perkusji, charakterystyczne gitarowe riffy oraz aksamitny, mocny, seksowny wokal (ciarki za każdym razem). Słuchając tej płyty mam wrażenie, że mieli dokładnie wszystko zaplanowane. Tu żaden kawałek nie jest wepchnięty na siłę, a dostajemy ich aż 16. To płyta, po którą najczęściej „sięgam”, gdy muszę podładować baterie. I cholera jasna, nie mogę sobie wybaczyć, że nie poszłam na ich koncert.

4. Smolik, Kev Fox Smolik/Kev Fox

O tym albumie rozpisywałam się już TUTAJ jakiś czas temu. Panowie serwują nam niezwykle kojące, tajemnicze i melancholijne brzmienia.

5. Kortez Bumerang

Objawienie polskiej sceny muzycznej. Czytałam, że bilety na jego koncert wyprzedają się w nieco ponad dobę. Polacy doceniają piękną muzykę z przesłaniem? Jestem w szoku. Cieszy mnie to ogromnie.

Chciałabym słuchać go częściej, ale większość jego piosenek jest tak cholernie smutna, że musiałabym chodzić całe dnie zapłakana. Nie przesadzam. Ciepła barwa głosu i niezwykle emocjonalne, szczere teksty trafiają prosto w moje serce. Przy „Zostań” za każdym razem ryczę. Za każdym.

PS: Pisząc ten tekst akurat w radiowej Jedynce puścili „Od dawna już wiem”. Przypadek?

6. Mumford & Sons Wilder Mind

Nigdy nie przepadałam za ich twórczością. Zawsze kojarzyli mi się ze skocznym folkiem, który z każdym kolejnym przesłuchaniem drażni coraz bardziej. Aż tu któregoś dnia usłyszałam takie „Believe”, które to przez swoje podobieństwo do coldplayowskiego „Every Teardrop is a Waterfall” mocno mnie zaintrygowało. „Co? To są ci sami Mumfordzi?!” – byłam w szoku. Na początku jeszcze nie wiedziałam, czy jest to szok pozytywny (no bo inaczej) czy negatywny (nie są już charakterystyczni). Po kolejnych kilkunastu zapętleniach wiedziałam, że polubię się z ich nowym wizerunkiem.

Może i stali się bardziej „nijacy”, zwyczajni i gdyby nie głos Marcusa to ni cholery nie powiedziałabym, że to ich piosenki, ale brzmienia na Wilder Mind zdecydowanie bardziej wpasowują się w moje muzyczne gusta. Stopniowo zaprzyjaźniłam się też z ich wcześniejszą, znielubioną przeze mnie twórczością.
+ Totalnie kupili mnie występem na Open’erze. Kiedyś muszę wybrać się na ich koncert. Niosą tyle pozytywnej energii!

I to chyba by było na tyle! Brałam pod uwagę całość, bo gdybym kierowała się pojedynczymi utworami, to musiałabym jeszcze wcisnąć na listę jeszcze takich wykonawców jak RHODES, God Is An Astronaut, Dawid Podsiadło, Caspian, The Dumplings i wielu wielu innych.

Życzę Wam i sobie wielu wspaniałych muzycznych wrażeń w tym nowym 2016 roku oraz żeby Coldplay się nawrócił. Wszyscy tego chcemy.

Merry Christmas!

Muzycznie, Osobiście

Nie jestem fanką świąt. Z resztą chyba nigdy nie byłam. Z roku na rok coraz mniej czuję tę ich „magię”. W tym wręcz w ogóle. To nie jest dla mnie czas radości. To bardziej czas skołatanych nerwów. Ale dobra, nie będę się tutaj spowiadać i narzekać. Chciałabym Wam złożyć życzenia (i połamać się mandarynką, ale to już mogę zrobić tylko w myślach). Krótkie, bo nie mam zamiaru rzucać banałami. Napiszę jedną, najważniejszą rzecz, której szczerze każdemu życzę (oprócz fajnych prezentów oczywiście).

pre

Chciałabym żeby na Waszych twarzach jak najczęściej gościł uśmiech i żebyście otaczali się ludźmi, którzy ten uśmiech potrafią wywołać. Nie ma nic gorszego od samotności i niepotrzebnego rozmyślania, które tylko pogrąża w smutku.

Do tego dołączam zimową playlistę (nie mogło być inaczej!). Wzbudza we mnie pozytywne emocje i pomimo swojej „nieświąteczności” (no dobra, są dwa tego typu akcenty) pozwala mi troszkę poczuć ten klimat. Umili Wam chwile, w których wydłubujecie rodzynki z sernika (chorzy ludzie…) lub mak z zębów. Zero wkurzających klasyków typu „Last Christmas” bądź przetrąbionych kolęd a la Golec uOrkiestra (o zgrozo). To w większości otulające jak kordełka, kojące brzmienia, jednak nie brakuje też spontanicznych, radosnych zrywów. Ostrzegam – stężenie gitar bardzo wysokie.
Częstujcie się. Nie przytyjecie.

PS: No właśnie, jedzcie z umiarem.

 

 

PPS: Albo i nie.

Moc jest ze mną

Osobiście

Nigdy nie mów nigdy – to jedno zdanie idealnie podsumowuje moją historię ze Star Wars. No dobra, ale tu jeszcze nie ma czego podsumowywać. Najpierw trzeba zacząć.

star.png
A long time ago in a galaxy far far away… żyła sobie dziewczyna, która nigdy nie była fanką science-fiction, fantasy i wszelkiego rodzaju filmów, które mocno odbiegają od rzeczywistości. Jedynym wyjątkiem, który obdarzyła szczerą miłością (chociaż bardziej książkową niż filmową) jest Harry Potter. Dlaczego więc postanowiła zmierzyć się z tym klasykiem?

Odpowiedź w dużej mierze zawarta jest w tym pytaniu. Star Wars = klasyk. Dotarło do mnie, że to wstyd nie widzieć tak kultowych filmów. Tym bardziej, że w tym roku grudzień nie jest miesiącem, w którym wszyscy trąbią w social mediach tylko o tym, gdzie pójdą na sylwestra. Odliczanie z Polsatem 31 grudnia zeszło na dalszy plan. Teraz wszyscy czekają na piątek 18.

Współczuję wszystkim tym, którzy nie są fanami Gwiezdnych Wojen. Jeszcze do niedawna czułam to samo. Gdzie byście się nie chowali, one Was dopadną. Na stacji benzynowej, w sklepach, w internecie… nie uciekniecie przed tym. To Fatum. Poczujcie się jak Edyp. Aż strach otwierać lodówkę. A co jeśli za sałatą czai się Darth Vader? Musicie przełknąć ślinę, zacisnąć pięści i dzielnie przetrwać ten ciężki czas. Ewentualnie nawrócić się, jeśli ich nie oglądaliście i (być może) zatracić się w tym świecie. Tak jak ja.

„Nigdy nie zrozumiem tego jarania się Star Warsami” – cytuję samą siebie sprzed paru tygodni. Takie słowa wypowiedziałam do mojego chłopaka. Wręcz na złość upierałam się, że ich nie obejrzę. No wiecie, to słynne przekomarzanie się.  W dodatku to nie mój świat a fragmenty, które przypadkowo gdzieś tam widziałam (albo raczej „nie dało się ich nie widzieć”) do mnie nie przemawiały. Jednak któregoś dnia podjęłam decyzję – obejrzę. Zaspokoję ciekawość, która jednak w głębi gdzieś się tliła, będę mieć czyste sumienie, no i on będzie zadowolony.

Część I – Mroczne widmo
Muszę parę słów o niej napisać, chociaż najchętniej bym jej w ogóle nie komentowała. Po seansie stwierdziłam – „Ej! nie było tak źle”, jednak teraz kiedy przebrnęłam już przez wszystkie części, mogę śmiało stwierdzić, że jest najgorsza. Uświadomiłam sobie, że jednak było źle. Pewnie to sprawka tego Jar Jar Binksa. Co ja mówię… NA PEWNO. Jeśli nie wiesz kto to, wygoogluj, a już na pierwszy rzut oka stwierdzisz, że to wkurzająca postać. Może być gorzej? Owszem. Jego głos jest wprost proporcjonalnie denerwujący do aparycji. To taki odpowiednik Osła ze Shreka, tyle że jego paplanie i charakterystyczne zachowanie w żaden sposób nie wzbudza sympatii. Nie znam osoby, która by go lubiła (w ogóle taka istnieje?). Jednak nie samym Jar Jarem ten film stoi. Ma on bowiem swoje mocne strony. Nieliczne, ale jednak. Muszę tutaj przywołać moment, w którym ginie Qui-Gon. Mieszanka szoku i wzruszenia. Nie mogę nie wspomnieć o uroczym droidzie R2-D2. To była miłość od pierwszego dźwięku.

No i tak sobie oglądałam te kolejne części. Czas mijał mi przy II i III już zdecydowanie przyjemniej. O ile przy I można było momentami przysypiać z nudów (jeśli jest się w szczytowym stadium zmęczenia), tak w tych dwóch akcja nabrała tempa.

Część IV – Nowa nadzieja
Niby czwarta a dla mnie w pewnym sensie pierwsza. To ona zapoczątkowała cuda. Przez nią bowiem zaczęłam w jakimś stopniu rozumieć o co ten cały szum. Zaczął do mnie docierać fakt, że Star Wars można się jarać.

V i VI część utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Ba! Nie dość, że to do mnie dotarło, to ja stałam się ich fanką. „Ja – fanka Star Wars”. Gdyby ktoś jeszcze parę tygodni temu by mi tak powiedział, to bym go wyśmiała. Każda scena, w której pojawiał się R2-D2 wzbudzała we mnie wielkie emocje. A niech no tylko coś mu się stało… Od razu moje oczy przybierały wielkość pięciozłotówek, po czym szkliły się od łez. Jego „rozmowy” z C3PO to mistrzostwo. Nie ma opcji, żeby się nie uśmiechnąć przy tych konwersacjach. A jak już jesteśmy przy uśmiechu, to grzechem byłoby nie wspomnieć o Ewokach (VI część – Powrót Jedi). Jeśli nie wiesz co to za stworzenia, wygoogluj. Tutaj nie zawiedziesz się tak jak przy Jar Jar Binksie. Zobaczysz owłosioną mordkę z przepięknie wyeksponowanym uzębieniem (one mogłyby się nadawać do reklamy Colgate) i od razu się uśmiechniesz. Dla nich samych warto obejrzeć Star Wars. Nie przesadzam. Skręcałam się ze śmiechu.

W mojej głowie wciąż trwa batalia myśli, która część była najlepsza. Przez przesłodkie Ewoki jestem w stanie powiedzieć, że to właśnie VI, jednak po chwili rozsądek idący pod rękę z V dochodzą do głosu i krzyczą: „Mnie! mnie wybierz!”. Z resztą to jest nieważne. Ważne jest rozczarowanie. Bardzo miłe rozczarowanie z jakim się spotkałam. I mimo że nie czekam z jakąś wielką niecierpliwością na The Force Awakens, to muszę przyznać, że obejrzenie tych sześciu części było jedną z lepszych decyzji, które w życiu podjęłam.

Tak, słucham

Muzycznie, Osobiście

Nie ruszam się bez nich z domu. Nie zobaczysz mnie bez nich idącej ulicą. Nie zobaczysz mnie bez nich podróżującej czymkolwiek i gdziekolwiek. Słuchawki.

Tak naprawdę mogłabym ich prawie w ogóle nie wyciągać z uszu. To dzięki nim nie słyszę tych wszystkich rozmów, co to Kryśka kupiła na obiad, a sąsiadka z góry poszła do fryzjera. Obserwuję tylko spojrzenia, uśmiechy i inne twarzowe wygibasy. A w tle muzyka. Odcinam się od tych wszystkich denerwujących dźwięków. Mogę odpłynąć myślami gdzieś daleko. Skupić się. Zaplanować coś. Wyciszyć. Whatever.

Muzyczne podróżowanie – to jest to. Szukanie nowych dźwięków, tworzenie playlist. Mogłabym to robić całymi dniami. Na Spotify stworzyłam ich już ponad 10. Mam coś na każdy humor. Mogłabym napisać:
„Wybierz coś z palety humorów, a ja dam Ci adekwatną playlistę.”

Zapodam tu moich faworytów. No i co by tu rzec… polecam Wam je przesłuchać. Parę osób zaufało mojemu gustowi muzycznemu. Nie rozczarowały się. Przynajmniej jeszcze antyterroryści po mnie nie przyszli.

Jakaś miłość, czy coś

„Nieopisane uczucie” – taki miał być jej pierwotny tytuł. No bo jak słucham tych piosenek, to nie wiem, czy jeszcze bardziej powinnam się rozmarzyć, czy może popłakać ze szczęścia, czy pogrążyć w melancholii. To playlista, która ma „to coś” – tak jak ta jedna, jedyna osoba, której w życiu szukamy. Zabrzmiało dość poetycko (może trochę kominkowo) i romantycznie… no cóż. Sama nie wiem jak to ubrać w słowa. W końcu to „nieopisane uczucie”.

Pełne skupienie

Wbrew pozorom to nie playlista do słuchania w toalecie (ale to było suche). Przez pewien czas tak bardzo przeze mnie niedoceniana. Była sobie, bo była. Jedna z pierwszych playlist, które postanowiłam stworzyć. Taka z instrumentalną muzyką, specjalnie do nauki, czytania, skupienia się na czymś. Bo niestety nie jestem w tym gronie szczęśliwców, którzy z jednej strony mogą słuchać jak Chet Faker wyznaje miłość (i przy okazji podśpiewywać sobie z nim pod nosem), a z drugiej wkuwać typową pamięciówę lub liczyć zadanka z całek. Smuteczek. To jedyna playlista, przy której jakoś mogę się jeszcze skupić.

PS: Stężenie post-rocka wysokie.

You can cry

Nie ukrywam, że jestem dość smutnym człowiekiem (chociaż może się wydawać inaczej) i te wszystkie smęty najbardziej trafiają w moje serducho. Playlista, która zdejmuje ze mnie blokadę i sprawia, że oczy zaczynają się pocić. Każdy z nas czasem potrzebuje się wypłakać. To nic złego. Nie powinniśmy się przed tym wzbraniać. Jak mnie najdzie na to ochota, odpalam tę playlistę i dzieje się to, co dziać się powinno. Kocham taką muzykę, a z drugiej strony trochę nienawidzę, bo nie mogę jej słuchać, gdy mam dobry humor. Pewnie pomyślisz „Co ty pieprzysz, posłuchasz jednej piosenki i już chce Ci się ryczeć?”. Może Cię zdziwię, ale tak to u mnie właśnie wygląda. Jestem wrażliwa. Może trochę za bardzo. Ta muzyka to dla mnie trochę taka zakazana miłość. Chciałabym jej słuchać tak po prostu, ale nie mogę.

Electro (and) chill

Moja miłość do elektroniki zakiełkowała gdzieś niecały rok temu. To znaczy od zawsze szanowałam Flume itp., ale sprawy nabrały prawdziwego rozpędu, odkąd odkryłam ODESZĘ (mam wrażenie, że już to kiedyś pisałam… albo już coś takiego opublikowałam, albo miałam zamiar, a tego nie zrobiłam). Ich muzyka pomogła mi wygrzebać się z wielkiego dołka. Pewnie pomyślisz „Co ty pieprzysz? Sama muzyka miała na Ciebie taki wpływ?”. Może Cię zdziwię (po raz kolejny), ale tak to u mnie właśnie wyglądało. I wygląda. Bo elektronika to moje sprawdzone lekarstwo na smutki.

Good mood

Nie ma opcji, żeby moje ciało pozostało obojętne na takie dźwięki. Noga zaczyna wybijać rytm, głowa zaczyna się gibać na prawo i lewo. Ta playlista (najmłodsza ze wszystkich i wciąż rośnie!) od razu wprawia mnie w dobry nastrój. Idealna na poranek. Ewentualnie nie pozwala mi zasnąć w środku dnia, gdy na niebie nie ma słońca. Daje kopa. Po prostu.

Mocniej mocniej mocniej (playlista bez Piaska)

Nazwa playlisty mówi wszystko. Tak, wiem. Jest dziwna. Ale żodyn mi nie zabroni.  Tak jak przy poprzedniej głowa latała na prawo i lewo, tak tutaj leci raz do przodu, raz do tyłu. Trochę mnie przy niej nosi. No dobra, nie trochę. Aż chce się komuś przywalić z glana. Damn, nie mam glanów. Dobra, kopać każdy może. Trochę lepiej lub trochę gorzej.

Lepsze niż Apap

Bo Apap ssie. Nie polecam. W te dni (nie, nie mówię tutaj tylko do Was, drogie Panie – to nie będzie wpis sponsorowany z dyskretną reklamą Always), gdy łeb pęka, bo np. trochę się pobalowało, trzeba się z nim obchodzić bardzo łagodnie. Perkusja, multum gitar… nie nie nie. Trzeba czegoś bardzo spokojnego, niemalże na dobranoc, z wokalem à la Fismoll/Bon Iver. Przetestowałam tę playlistę na sobie. Działa. Serio, serio.

Jakbyście jeszcze chcieli więcej (he he w co wątpię, ale może znajdzie się taki szaleniec), to odsyłam Was też do moich profili na Spotify (playlist znajdziecie tam więcej), last.fm i Soundcloudzie. Nie linkuję. Wszystko jest na górze pod jebutnym napisem BLADOSFERA.

Żegnam.
Zapętlajcie, ale niech Wam się słuchawki nie plączą.

#Ludziektórzy

Osobiście

Coraz częściej dopada mnie ochota, żeby spłodzić jakiś nieobrazkowy post. Jako że facetem nie jestem i syna nie mogę (zawsze można jeszcze zasadzić drzewo, ale nie brudźmy sobie rąk), to pozostaje mi siedzenie z laptopem na kolanach. Z resztą pasuje mi ten fakt, że jest to laptop a nie dziecko. Dorosłam już dawno, jednak w przeciwieństwie do moich niektórych koleżanek, nie włączył mi się jeszcze instynkt macierzyński (i nie wyłączyło myślenie). Całe szczęście. Preferuję i polecam wszystkim jedzeniową ciążę.

Świerzbią mnie te palce już od paru tygodni, żeby usiąść i wyklikać tekst. Tekst o technologicznym zacofaniu. Wątpię, żeby dotarł on do osoby, która cierpi na tę chorobę, ale może chociaż natchnie kogoś z Was, żeby zacząć nawracać tych grzeszników. A przynajmniej próbować.

Tak jak uśmiecham się, gdy usłyszę słowo „burger”, tak gotuje się we mnie na myśl o ludziach, którzy mają głęboko gdzieś technologie. Nie chodzi mi tutaj o stalkowanie wszystkich serwisów technologicznych, śledzeniu ich kont na Twitterze, czy też oglądaniu każdej recenzji na YouTubie. Tu rozchodzi się po prostu o ogarnięcie. No może to nie jest zbyt profesjonalne słowo. Zabrzmiało trochę jak rozmowa dwóch gimnazjalistów na przerwie. Więc o co chodzi? Chciałabym, żeby każdy człowiek mógł szczerze wypowiedzieć zdanie: „Mniej więcej wiem, co się w świecie dzieje”.

No bo jak można nie mieć zielonego pojęcia, co to jest Spotify albo ThePirateBay? Jak można nie wiedzieć, że istnieje możliwość podróżowania pociągiem bez konieczności kupowania papierowego biletu? Pomijam tutaj starszych ludzi. No ale młodzi?! Takie obeznanie jest wręcz obowiązkiem w dzisiejszych czasach. To taki ciąg prac domowych, który musimy odrabiać systematycznie.

Kiedy przyznaję się komuś, że nie przeczytałam książki/obejrzałam filmu, który jest klasykiem
(a jest tego jeszcze sporo, niestety), to jest mi zwyczajnie głupio i oczywiście staram się to nadrobić w wolnej chwili (teraz wzięłam się za Star Wars, szanujcie). Rozumiecie? Jest we mnie to poczucie winy. To zawstydzenie i chęć poprawy („Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”). Dokładnie to samo tyczy się spraw technologicznych. Niektórzy nawet skruchy nie okazują. Dobrze im się żyje w średniowieczu. Ja na ich miejscu już dawno zapadłabym się pod ziemię (i przy okazji straciła jakże cenny zasięg). Ok, każda epoka ma swój urok, ale może by tak już ruszyć do przodu?

W sumie zbyt dobrze nie pamiętam jak wyglądały moje początki technologiczne (nie, nie byłam pijana, nie urwał mi się film). Wiem, że na pewno gdzieś na początku tej drogi był The Verge  i chłopaki z Yes Was Podcast. Tak to się jakoś zaczęło. A teraz?
Codziennie przeglądam na swoim telefonie Feedly, w którym mam mnóstwo stron. Nie tylko technologicznych. Jest oczywiście jedzonko (ślinianki pracują wtedy jak szalone), ale też fotografia i design, czyli masa inspiracji. No właśnie – inspiracje. Jak w cholerę dużo pięknych i pomysłowych rzeczy można zobaczyć. Kreatywność ludzka nie ma granic.

Jeśli interesujesz się załóżmy tą wspomnianą przeze mnie fotografią, to logiczne jest dla mnie,
że buszujesz po internecie w poszukiwaniu ciekawych zdjęć. Czytasz książki z nią związane, przeglądasz ciekawe profile na Instagramie… Nie? Nie robisz tego? Po prostu cykasz zdjęcia, a na twórczość innych nawet łaskawie nie spojrzysz? Powodzenia. Zmień obiektyw na szerokokątny
i zdaj sobie sprawę, ile rzeczy Cię omijało.

Potężną dawkę informacji również funduję sobie na Twitterze, bo to właśnie jego najczęściej przeglądam. Mam tam zrobioną listę, która gromadzi konta z dziedzin, o których już wyżej wspominałam. Oczywiście jak na muzycznego freaka przystało, jest tam też i ona – muzyka. Obok „heheszków” nie mogłabym przejść obojętnie, więc parę kont z komiksami i błyskotliwymi myślami również się na niej znajduje.

Screenshot_2015-11-13-14-03-27-horz
(po lewej – Feedly, po prawej – kęs kotleta mielonego, czyli twitterowe biuro rzeczy znalezionych)

Już samo przyswajanie informacji jest przyjemne, a możliwość dzielenia się nimi z ludźmi i obserwowanie ich reakcji (te słynne retweety i favy… tfu! serduszka) to jest dopiero frajda.
Generalnie mogłabym napisać jedno zdanie: „Masz Twittera – jesteś na bieżąco ze wszystkim”*
(*pod warunkiem, że obserwujesz właściwych ludzi). Jednak nie wszyscy rozumieją (chcą zrozumieć) jak potężnym i wartościowym jest on narzędziem. Nie dziwię się, skoro nie są w stanie nawet pojąć, jak poprawnie zapisywać jego nazwę. W końcu „Tweeter” wygląda lepiej, co nie?

Nie chcę tutaj kominkować, ale człowieku, apeluję – poczytaj czasem. Naprawdę dobrze Ci z tym, że tak mało wiesz? Ja ubolewam, że nie jestem w stanie przeczytać wszystkich artykułów/tweetów. Radzę Ci zacząć utożsamiać się z gąbką – chłoń wszystko jak leci. Naprawdę nie jesteś aż tak zabiegany, żeby nie znaleźć 10 minut na przejrzenie newsów. Gdyby tak każdy wziął sobie do serca moją radę, to żyłoby się lepiej. Rozmawiałoby się lepiej. W ogóle porozmawiałoby się. W końcu taki oczytany człowiek jest po prostu ciekawszy.

No, trochę pohejtowałam. Mogę spać spokojnie.

PS: Nie przyjmuję odpowiedzi: „Mnie nic nie interesuje, więc nie czytam”.
PS 2: Właśnie zdałam sobie sprawę, jak bardzo brakowało mi pisania. Lubię to.

Typowy tekst o niczym

Osobiście, Pstrykam

Czasem prawda boli. A raczej często. Tak też było teraz. Uświadomiłam sobie, że nie wsiądę na rower do… marca/kwietnia? Nie, nie potrzebny mi lek na hemoroidy. To nie o to chodzi. Po prostu jest za zimno (temat poważny jak do „Rozmów w toku”. Widzicie ten podpis? Alicja, 20 lat – ubolewa, że nie pojeździ na rowerze do wiosny). To znaczy może i wsiądę na rower, ale jak już, to na ten stacjonarny. Tylko co mi po nim. Ta jazda w miejscu jest taka nudna. Patrzysz jak co chwilę zmieniają się cyferki na liczniku. Nawet grzybobranie wydaje się przy tym ekscytujące.

„Za zimno na rower”. A może jednak nie? Może tylko mi się wydaje? Wychylam głowę na zewnątrz i czuję ten mroźny wiatr. Noszcholerajasna – za zimno.

Ale może jak ubiorę bluzkę na długi rękaw, bluzę, skórę… tak i jeszcze pościel + zarzucę worek na łeb. Nie, nie chcę być pierwszym w historii burrito jadącym na rowerze.

Poszłam więc na krótki spacer. Znowu wzięłam lustrzankę. Daleko nie zaszłam, ale moje oczy zostały usatysfakcjonowane. Lubię jesień. Bardzo.

1

2

3(Wiem, nieostre, ale wiało)

4

5

6