Andrew Applepie

Grafika, Muzycznie

Powinniście tego pana kojarzyć, a przyjemniej tę piosenkę.
Tak jak zachwycałam się rok temu Odeszą, tak tegoroczne lato umilał mi Andrew.
A oto mój kolejny (nie)popis graficzny.

andre

Reklamy

Quarter #2 – Muzyczne nowości

Muzycznie

Spotify co prawda testuje już Weekly, które będzie nam serwować najnowsze utwory wykonawców, których słuchamy (i tych do nich „podobnych”), ale póki jeszcze tego nie ma, to polecam moją playlistę do Light Magazine. Uff, to było długie zdanie jak na początek. Aż się zmęczyłam. Ale żeby nie było – to nie jest chamska autoreklama. Naprawdę wiem jak ciężko jest być ze wszystkim na bieżąco.

wee.jpg
Na tej playliście znajdziecie najlepsze nowości z drugiego kwartału (czyli jakby ktoś nie rozumiał – kwiecień, maj, czerwiec). Jest Tom Odell, Flume, Son Lux, Band of Horses, Red Hot Chili Peppers, Tides from Nebula i wielu wielu innych. Na chwilę obecną to prawie 11 godzin muzyki, jednak wiem, że spokojnie tę jedenastkę do końca czerwca przekroczę.

Enjoy!

Weekly Goodness #1

Muzycznie

Ostatnio trochę zadniedbałam swoje muzyczne poszukiwania. W sumie sama nie wiem dlaczego. To chyba ta paskudna zima tak wysysa ze mnie energię i obniża produktywność. Ale dość, nie o tym. Nie lubię bezczynnie czekać na gotowce. Satysfakcja płynąca z samodzielnego odkrywania muzyki jest nieopisana a dzielenie się nią z innymi tym bardziej. Poza tym, aż zaczęłam mieć wyrzuty sumienia i pretensje do siebie samej. No bo… jak to tak? To do mnie niepodobne.

un
Jeśli korzystasz ze Spotify, to założę się, że nie raz towarzyszył Ci ból tyłka (i uszu) podczas słuchania świeżutkiego Discover Weekly. W końcu czekałeś na nie jak na upragniony update Androida. Rozgoryczenie, rozczarowanie, rozpacz – to nie tak miało być. Dlatego smutny człowieku, z pomocą przychodzę ja. Jeśli tylko masz podobny gust, to wezmę Cię do muzycznego nieba. I będę tak zabierać co poniedziałek.

Bierzcie i obserwujcie wszyscy.
Nie ma to jak domowy Odkryj. Nie jakiś tam kupny ze słoika.

Niepłytkie brzmienia – top płyty 2015 roku

Muzycznie, Osobiście

Rankingi, rankingi, rankingi. Wszyscy je robią. U mnie to nie będzie ranking a raczej zbiór. Kolejność zupełnie przypadkowa. Żadne ustawianie od najgorszego (z najlepszych) do najlepszego. Nie jestem w stanie tego zrobić, ponieważ darzę jednakowym uczuciem wiele gatunków muzycznych. Jeżeli znacie mój gust, to z pewnością większość pozycji nie będzie dla Was zaskoczeniem. No to co… w drogę! Gwarantuję udaną, muzyczną podróż.

git

1. ODESZA In Return (Deluxe Edition)

(ależ zaskoczenie)
Duet ten serwuje niezwykle klimatyczną, nieprzekombinowaną elektronikę. To nie jest typowa łupanka, którą puści DJ w klubie Venus w Przebieździewie. To jest ta JASNA STRONA elektroniki. Ta wysmakowana.

Rozszerzenie i tak już doskonałego albumu – może być lepiej? Według mnie, większość instrumentalnych wersji bije na głowę te oryginalne. Bez słów, bez jakichkolwiek pogłosów, można wychwycić jeszcze więcej brzmień. Niby taka niewielka zmiana a mam wrażenie, że słucham kompletnie innych utworów. Nie zapominajmy też o trzech, genialnych wykonaniach live (przy „IPlayYouListen” mam łzy w oczach. Tak wiem, powtarzam to już któryś raz) i utworze „Light”, za którym szczerze mówiąc nie przepadam z racji wokalu, ale jego wersję instrumentalną mogę już zapętlać w nieskończoność.

2. Fleur de lis In the Midst of Chaos There Is Stillness

Ten norweski zespół odkryłam stosunkowo niedawno. Pierwszym ich utworem, który usłyszałam było „Abide”. „Wygrałam w muzycznego lotka” – pomyślałam. To była miłość od pierwszego dźwięku. Niezwykła harmonia zachowana pomiędzy delikatnymi i mocnymi brzmieniami, budowanie napięcia i do tego ten subtelny wokal troszkę  à la Jón z Sigur Rós.

Gdzieś z miesiąc później moim oczom ukazał się artykuł na Arctic Drones, że Fleur de lis wydali album. Szybko wyszukałam go na Spotify i po chwili do moich uszu zaczęły docierać dźwięki równie doskonałe jak w „Abide”. Chyba żaden zespół tak idealnie nie połączył delikatności z narastającą dynamiką. Zawsze podkreślam fakt, że przy post-rocku odpływam, ale ich muzyka sprawia, że jestem w kompletnie innym wymiarze. To muzyka dla marzycieli. To muzyka, która wywołuje u mnie tę słynną kumulację emocji: mam ochotę płakać ze szczęścia, wrzeszczeć, skakać… Jestem niepoprawnie zakochana w ich twórczości.

3. Nothing But Thieves Nothing But Thieves (Deluxe)

Ależ ja czekałam na ten album. Ci Brytyjczycy spełniają w 100% moje wymagania względem energetycznych, mocnych brzmień (co nie oznacza, że nie potrafią w smutek i melancholię -> słuchaj „Lover, Please Stay”). Naprawdę bardzo trudno mnie pod tym względem zaspokoić. Wiele zespołów za bardzo upodabnia utwory do siebie. Czyżby brak pomysłu? Często nie jestem w stanie rozróżnić, którego już słuchałam, a którego nie. Dostaję chaos, papkę, masę brzmień, z których nie mogę wybrać niczego dla siebie (prawie jak w sklepach z ubraniami). Brakuje w nich tej wybijającej się na pierwszy plan, charakterystycznej melodii i często nawet genialny wokal nie jest w stanie uratować sytuacji.

Nothing But Thieves dają mi wszystko, czego chcę. Ten słynny motor napędowy w postaci perkusji, charakterystyczne gitarowe riffy oraz aksamitny, mocny, seksowny wokal (ciarki za każdym razem). Słuchając tej płyty mam wrażenie, że mieli dokładnie wszystko zaplanowane. Tu żaden kawałek nie jest wepchnięty na siłę, a dostajemy ich aż 16. To płyta, po którą najczęściej „sięgam”, gdy muszę podładować baterie. I cholera jasna, nie mogę sobie wybaczyć, że nie poszłam na ich koncert.

4. Smolik, Kev Fox Smolik/Kev Fox

O tym albumie rozpisywałam się już TUTAJ jakiś czas temu. Panowie serwują nam niezwykle kojące, tajemnicze i melancholijne brzmienia.

5. Kortez Bumerang

Objawienie polskiej sceny muzycznej. Czytałam, że bilety na jego koncert wyprzedają się w nieco ponad dobę. Polacy doceniają piękną muzykę z przesłaniem? Jestem w szoku. Cieszy mnie to ogromnie.

Chciałabym słuchać go częściej, ale większość jego piosenek jest tak cholernie smutna, że musiałabym chodzić całe dnie zapłakana. Nie przesadzam. Ciepła barwa głosu i niezwykle emocjonalne, szczere teksty trafiają prosto w moje serce. Przy „Zostań” za każdym razem ryczę. Za każdym.

PS: Pisząc ten tekst akurat w radiowej Jedynce puścili „Od dawna już wiem”. Przypadek?

6. Mumford & Sons Wilder Mind

Nigdy nie przepadałam za ich twórczością. Zawsze kojarzyli mi się ze skocznym folkiem, który z każdym kolejnym przesłuchaniem drażni coraz bardziej. Aż tu któregoś dnia usłyszałam takie „Believe”, które to przez swoje podobieństwo do coldplayowskiego „Every Teardrop is a Waterfall” mocno mnie zaintrygowało. „Co? To są ci sami Mumfordzi?!” – byłam w szoku. Na początku jeszcze nie wiedziałam, czy jest to szok pozytywny (no bo inaczej) czy negatywny (nie są już charakterystyczni). Po kolejnych kilkunastu zapętleniach wiedziałam, że polubię się z ich nowym wizerunkiem.

Może i stali się bardziej „nijacy”, zwyczajni i gdyby nie głos Marcusa to ni cholery nie powiedziałabym, że to ich piosenki, ale brzmienia na Wilder Mind zdecydowanie bardziej wpasowują się w moje muzyczne gusta. Stopniowo zaprzyjaźniłam się też z ich wcześniejszą, znielubioną przeze mnie twórczością.
+ Totalnie kupili mnie występem na Open’erze. Kiedyś muszę wybrać się na ich koncert. Niosą tyle pozytywnej energii!

I to chyba by było na tyle! Brałam pod uwagę całość, bo gdybym kierowała się pojedynczymi utworami, to musiałabym jeszcze wcisnąć na listę jeszcze takich wykonawców jak RHODES, God Is An Astronaut, Dawid Podsiadło, Caspian, The Dumplings i wielu wielu innych.

Życzę Wam i sobie wielu wspaniałych muzycznych wrażeń w tym nowym 2016 roku oraz żeby Coldplay się nawrócił. Wszyscy tego chcemy.

Merry Christmas!

Muzycznie, Osobiście

Nie jestem fanką świąt. Z resztą chyba nigdy nie byłam. Z roku na rok coraz mniej czuję tę ich „magię”. W tym wręcz w ogóle. To nie jest dla mnie czas radości. To bardziej czas skołatanych nerwów. Ale dobra, nie będę się tutaj spowiadać i narzekać. Chciałabym Wam złożyć życzenia (i połamać się mandarynką, ale to już mogę zrobić tylko w myślach). Krótkie, bo nie mam zamiaru rzucać banałami. Napiszę jedną, najważniejszą rzecz, której szczerze każdemu życzę (oprócz fajnych prezentów oczywiście).

pre

Chciałabym żeby na Waszych twarzach jak najczęściej gościł uśmiech i żebyście otaczali się ludźmi, którzy ten uśmiech potrafią wywołać. Nie ma nic gorszego od samotności i niepotrzebnego rozmyślania, które tylko pogrąża w smutku.

Do tego dołączam zimową playlistę (nie mogło być inaczej!). Wzbudza we mnie pozytywne emocje i pomimo swojej „nieświąteczności” (no dobra, są dwa tego typu akcenty) pozwala mi troszkę poczuć ten klimat. Umili Wam chwile, w których wydłubujecie rodzynki z sernika (chorzy ludzie…) lub mak z zębów. Zero wkurzających klasyków typu „Last Christmas” bądź przetrąbionych kolęd a la Golec uOrkiestra (o zgrozo). To w większości otulające jak kordełka, kojące brzmienia, jednak nie brakuje też spontanicznych, radosnych zrywów. Ostrzegam – stężenie gitar bardzo wysokie.
Częstujcie się. Nie przytyjecie.

PS: No właśnie, jedzcie z umiarem.

 

 

PPS: Albo i nie.

Smolik/Kev Fox – duet doskonały

Muzycznie

Miałam w nagłówku napisać „recenzja albumu”, aczkolwiek „recenzja” w moim przypadku byłoby dość odważnym słowem. Bardziej pasowałoby „próba recenzji”. Nieważne. Tej płyty po prostu nie można przemilczeć. Już po pierwszym singlu promującym, wiedziałam, że będę miała co zapętlać. Wiedziałam, że tę końcówkę roku (lecz oczywiście nastawiam się na dłuższą muzyczną podróż) będzie umilać mi duet Smolik/Kev Fox.

nowe1
To, że Andrzej Smolik robi świetną muzykę wiadomo już od dawna. Każdy z nas pamięta przecież najlepszą polską reklamę – tę charakterystyczną melodię i kojący głos Artura Rojka.

Kev Fox to artysta, którego poznałam dzięki Skubasowi i piosence „Rain Song”. Jego ciepłą barwę głosu z delikatną chrypką pokochałam od razu, chociaż niektórym osobom może ona nie przypaść do gustu. Odgłosy, które wydaje, można momentami porównać do… miauczenia. Ewentualnie ładniej to ujmując – rozpaczliwego nawoływania. Jednak mi to bardzo odpowiada. Oglądając tegoroczną transmisję Open’era przekonałam się, jak bardzo charyzmatycznym jest artystą. Jego zachowanie na scenie momentami mnie wręcz bawiło. Ta ekspresja, ten niewymuszony luz… Polubiłam go jeszcze bardziej. Fakt, że razem ze Smolikiem tworzy płytę, wywołał u mnie niemałą ekscytację.

Niby mówi się, żeby nie oceniać po okładce, ale w tym przypadku przepiękny z zewnątrz album skrywa równie piękne wnętrze. Książeczka w twardej oprawie a w jej sercu czarna, matowa płyta. Te ciemne barwy z subtelnymi akcentami niebieskiego i zielonego były strzałem w dziesiątkę. Kolejny przykład na to, że prostota popłaca. Za każdym razem gdy trzymam ten album w rękach, nie mogę się na niego napatrzeć.

nowe2nowe3

„Run”, czyli utwór otwierający płytę, zaczyna się niepozornie – pianino i głos Keva. Nic więcej. Jednak nie dajmy się zwieść tej łagodności. Z każdą kolejną sekundą dokładana jest „cegiełka mocy”. W refrenie na pierwszy plan wybija się perkusja, a ja wybijam wtedy rytm nogą jak szalona. Jeśli należysz do grona osób, które nienawidzą chórków, to przybijam z Tobą wirtualną piątkę. Naprawdę rzadko kiedy mnie one nie denerwują. W tym utworze są one jednak pięknym dopełnieniem. „Run” to najbardziej żywy kawałek ze wszystkich zgromadzonych na płycie. Idealna równowaga – delikatne pianino, mocne gitarowe riffy, motor napędowy w postaci perkusji… aż sama nie wiedziałam od czego zacząć biorąc się za jego opisywanie.

Dalej mamy „Mind the Bright Lights”. Zdecydowanie spokojniejszy utwór, który zadowoli miłośników akustycznych brzmień. Można przy nim odpłynąć, ale nie zasnąć(!). Perkusja na to nie pozwala. Do tego charakterystyczne pianino. Niby spokojna a jednak nieco dramatyczna piosenka. Uwielbiam ją. Jest w mojej świętej, muzycznej trójcy wraz z „Run” i jeszcze jednym utworem, o którym będzie niedługo.

„Regretfully Yours” to taka kołysząca niespodzianka. Znów Kev wita nas swoim ciepłym głosem, a w refrenie nieco schodzi na dalszy plan, by ustąpić miejsca wokalistce Bokki. Dwa głosy pozornie niepasujące do siebie tworzą bardzo ciekawe połączenie. Mimo, że do tego utworu dość rzadko wracam, to nie mogę powiedzieć, że jest on nieudany.

„Help Yourself” to mój niekwestionowany numer 1. Dość długi, gitarowy wstęp z delikatną perkusją kupił mnie od razu. Ta piosenka roztacza niezwykłą aurę. To ten rodzaj melancholii, który kocham najbardziej. Słuchając go, mam ochotę płakać, lecz sama nie wiem dlaczego. Ze smutku? Z radości? Z tęsknoty? Za każdym razem mam dokładnie tę samą kumulację emocji. Nie wspominałam jeszcze słowem o tekstach. Muszę przyznać, tak ogólnie, że czasem mam problem ze zrozumieniem, co dany/a wokalist(k)a śpiewa. Całe szczęście Kev robi to wyraźnie. No i cóż mogę rzec… teksty są naprawdę dobre. Jednak ten w „Help Yourself” uderza on we mnie ze zdwojoną siłą.

PC090673

Warto też wspomnieć  o pogłosach. No bo jak nazwać te subtelne „uuuuuu”, „aaaaaa”? (oj, nie wygląda to dość estetycznie na tle tej dość sensownie jak na mnie sklejonej „recenzji”. No nic, chciałam, żebyście wiedzieli o co chodzi). Ten głos jest jakby schowany za mgłą. Dobiega gdzieś z daleka. To samo, z czym spotkałam się już w utworach Skubasa. Uwielbiam ten zabieg. To jeden z kluczowych elementów tworzących nastrój.

Następnym utworem jest „Hollywood”, czyli największe dla mnie zaskoczenie. Ależ on ma klimat! Jest hipnotyzująco i niezwykle tajemniczo. Nigdy nie byłam fanką głosu Natalii Grosiak (fani Mikromusic możecie mi wysłać teraz list z pogróżkami), jednak tutaj w zestawieniu z niskim wokalem Keva wypada naprawdę dobrze. Zamykam oczy i wizualizuję sobie w myślach, jak mógłby wyglądać teledysk do tej piosenki: dym, zgaszone barwy, slow motion…

„Vera Lynn” (najbardziej skoczna ze wszystkich) i „Beautiful Morning” to dwie najrzadziej odtwarzane przeze mnie piosenki. Nie są złe, bo na tej płycie takowych nie znajdziecie, jednak jakoś najmniej chwyciły mnie za serce (a raczej powinnam powiedzieć uszy).

Przedostatni utwór – „Little Older” plasuje się u mnie tuż za podium. Tutaj znów fani akustycznych, łagodnych brzmień będą zadowoleni. Klimat podobny jak w „Mind the Bright Lights”.

Utwór zamykający płytę, czyli „Clocked” przywodzi mi na myśl dziwne myśli, ponieważ perkusja brzmi dla mnie bardzo… weselnie. Widzę młodą parę, która tańczy swój pierwszy taniec właśnie do tego utworu. Zabijcie mnie za to porównanie, ale naprawdę za każdym razem mam ten obrazek w głowie. Pomijając już te moje dziwne skojarzenia, piosenka jest bardzo kojąca. Podobają mi się te chwilowe wyciszenia wszelkich instrumentów, by wyeksponować wokal.

PC090707

Płyta „Smolik/Kev Fox” to dla mnie objawienie i kolejny dowód na to, że Polacy (no dobrze, Brytyjczycy również, jednak częściej spotykam osoby, które nie doceniają polskiej twórczości) potrafią robić dobrą muzykę. To spójna i niezwykle klimatyczna płyta, które uwiedzie miłośników niebanalnych, mrocznych i melancholijnych dźwięków. To muzyka idealna na długie jesienne i zimowe wieczory, w których jak nigdy chce się uciec myślami gdzieś daleko.

Tak, słucham

Muzycznie, Osobiście

Nie ruszam się bez nich z domu. Nie zobaczysz mnie bez nich idącej ulicą. Nie zobaczysz mnie bez nich podróżującej czymkolwiek i gdziekolwiek. Słuchawki.

Tak naprawdę mogłabym ich prawie w ogóle nie wyciągać z uszu. To dzięki nim nie słyszę tych wszystkich rozmów, co to Kryśka kupiła na obiad, a sąsiadka z góry poszła do fryzjera. Obserwuję tylko spojrzenia, uśmiechy i inne twarzowe wygibasy. A w tle muzyka. Odcinam się od tych wszystkich denerwujących dźwięków. Mogę odpłynąć myślami gdzieś daleko. Skupić się. Zaplanować coś. Wyciszyć. Whatever.

Muzyczne podróżowanie – to jest to. Szukanie nowych dźwięków, tworzenie playlist. Mogłabym to robić całymi dniami. Na Spotify stworzyłam ich już ponad 10. Mam coś na każdy humor. Mogłabym napisać:
„Wybierz coś z palety humorów, a ja dam Ci adekwatną playlistę.”

Zapodam tu moich faworytów. No i co by tu rzec… polecam Wam je przesłuchać. Parę osób zaufało mojemu gustowi muzycznemu. Nie rozczarowały się. Przynajmniej jeszcze antyterroryści po mnie nie przyszli.

Jakaś miłość, czy coś

„Nieopisane uczucie” – taki miał być jej pierwotny tytuł. No bo jak słucham tych piosenek, to nie wiem, czy jeszcze bardziej powinnam się rozmarzyć, czy może popłakać ze szczęścia, czy pogrążyć w melancholii. To playlista, która ma „to coś” – tak jak ta jedna, jedyna osoba, której w życiu szukamy. Zabrzmiało dość poetycko (może trochę kominkowo) i romantycznie… no cóż. Sama nie wiem jak to ubrać w słowa. W końcu to „nieopisane uczucie”.

Pełne skupienie

Wbrew pozorom to nie playlista do słuchania w toalecie (ale to było suche). Przez pewien czas tak bardzo przeze mnie niedoceniana. Była sobie, bo była. Jedna z pierwszych playlist, które postanowiłam stworzyć. Taka z instrumentalną muzyką, specjalnie do nauki, czytania, skupienia się na czymś. Bo niestety nie jestem w tym gronie szczęśliwców, którzy z jednej strony mogą słuchać jak Chet Faker wyznaje miłość (i przy okazji podśpiewywać sobie z nim pod nosem), a z drugiej wkuwać typową pamięciówę lub liczyć zadanka z całek. Smuteczek. To jedyna playlista, przy której jakoś mogę się jeszcze skupić.

PS: Stężenie post-rocka wysokie.

You can cry

Nie ukrywam, że jestem dość smutnym człowiekiem (chociaż może się wydawać inaczej) i te wszystkie smęty najbardziej trafiają w moje serducho. Playlista, która zdejmuje ze mnie blokadę i sprawia, że oczy zaczynają się pocić. Każdy z nas czasem potrzebuje się wypłakać. To nic złego. Nie powinniśmy się przed tym wzbraniać. Jak mnie najdzie na to ochota, odpalam tę playlistę i dzieje się to, co dziać się powinno. Kocham taką muzykę, a z drugiej strony trochę nienawidzę, bo nie mogę jej słuchać, gdy mam dobry humor. Pewnie pomyślisz „Co ty pieprzysz, posłuchasz jednej piosenki i już chce Ci się ryczeć?”. Może Cię zdziwię, ale tak to u mnie właśnie wygląda. Jestem wrażliwa. Może trochę za bardzo. Ta muzyka to dla mnie trochę taka zakazana miłość. Chciałabym jej słuchać tak po prostu, ale nie mogę.

Electro (and) chill

Moja miłość do elektroniki zakiełkowała gdzieś niecały rok temu. To znaczy od zawsze szanowałam Flume itp., ale sprawy nabrały prawdziwego rozpędu, odkąd odkryłam ODESZĘ (mam wrażenie, że już to kiedyś pisałam… albo już coś takiego opublikowałam, albo miałam zamiar, a tego nie zrobiłam). Ich muzyka pomogła mi wygrzebać się z wielkiego dołka. Pewnie pomyślisz „Co ty pieprzysz? Sama muzyka miała na Ciebie taki wpływ?”. Może Cię zdziwię (po raz kolejny), ale tak to u mnie właśnie wyglądało. I wygląda. Bo elektronika to moje sprawdzone lekarstwo na smutki.

Good mood

Nie ma opcji, żeby moje ciało pozostało obojętne na takie dźwięki. Noga zaczyna wybijać rytm, głowa zaczyna się gibać na prawo i lewo. Ta playlista (najmłodsza ze wszystkich i wciąż rośnie!) od razu wprawia mnie w dobry nastrój. Idealna na poranek. Ewentualnie nie pozwala mi zasnąć w środku dnia, gdy na niebie nie ma słońca. Daje kopa. Po prostu.

Mocniej mocniej mocniej (playlista bez Piaska)

Nazwa playlisty mówi wszystko. Tak, wiem. Jest dziwna. Ale żodyn mi nie zabroni.  Tak jak przy poprzedniej głowa latała na prawo i lewo, tak tutaj leci raz do przodu, raz do tyłu. Trochę mnie przy niej nosi. No dobra, nie trochę. Aż chce się komuś przywalić z glana. Damn, nie mam glanów. Dobra, kopać każdy może. Trochę lepiej lub trochę gorzej.

Lepsze niż Apap

Bo Apap ssie. Nie polecam. W te dni (nie, nie mówię tutaj tylko do Was, drogie Panie – to nie będzie wpis sponsorowany z dyskretną reklamą Always), gdy łeb pęka, bo np. trochę się pobalowało, trzeba się z nim obchodzić bardzo łagodnie. Perkusja, multum gitar… nie nie nie. Trzeba czegoś bardzo spokojnego, niemalże na dobranoc, z wokalem à la Fismoll/Bon Iver. Przetestowałam tę playlistę na sobie. Działa. Serio, serio.

Jakbyście jeszcze chcieli więcej (he he w co wątpię, ale może znajdzie się taki szaleniec), to odsyłam Was też do moich profili na Spotify (playlist znajdziecie tam więcej), last.fm i Soundcloudzie. Nie linkuję. Wszystko jest na górze pod jebutnym napisem BLADOSFERA.

Żegnam.
Zapętlajcie, ale niech Wam się słuchawki nie plączą.

Tak brzmi jesień

Muzycznie, Osobiście

Mogłabym napisać na Twitterze: „łapcie jesienną playlistę”, wkleić link i po sprawie. I co? I byłoby mi z tym źle. Nie chcę filozofować, ale ta sprawa wymaga krótkiego komentarza. Krótkiego, bo i tak nie ubiorę tego wszystkiego w odpowiednie słowa. Nie wszystko z resztą da się powiedzieć słowami (nie, Rafaello też nie załatwiłoby tu sprawy). To dla mnie taka zagadkowa magia, ale nie chcę jej rozkładać na czynniki pierwsze. Niech po prostu działa.

Zamysł był taki: playlista ma być smutna i melancholijna, lecz nie aż tak, żeby człowiek chciał wykopać sobie grób. Taka, która jest tym dodatkowym elementem. „Tym czymś”, które czyni jesień kompletną.

Idziesz albo jedziesz rowerem, a wiatr już na starcie postanowił rozpieprzyć Ci fryzurę. Wiesz, że na letnią sielankę przyjdzie Ci długo poczekać. Ubieraj się. Teraz to drzewa będą paradować nago. Modlisz się w myślach, sam(a) nie wiesz do kogo, żeby nie dopadło Cię przeziębienie. Ubolewasz nad faktem, że słońce coraz bardziej ma dość gapienia się na Twoją gębę i wcześniej chodzi spać. Bijesz życiowe rekordy w ilości wypitych dziennie herbat.

To wszystko jest inne z muzyką. Po prostu. Lepsze. Piękniejsze. Przynajmniej dla mnie.