Niepłytkie brzmienia – top płyty 2015 roku

Muzycznie, Osobiście

Rankingi, rankingi, rankingi. Wszyscy je robią. U mnie to nie będzie ranking a raczej zbiór. Kolejność zupełnie przypadkowa. Żadne ustawianie od najgorszego (z najlepszych) do najlepszego. Nie jestem w stanie tego zrobić, ponieważ darzę jednakowym uczuciem wiele gatunków muzycznych. Jeżeli znacie mój gust, to z pewnością większość pozycji nie będzie dla Was zaskoczeniem. No to co… w drogę! Gwarantuję udaną, muzyczną podróż.

git

1. ODESZA In Return (Deluxe Edition)

(ależ zaskoczenie)
Duet ten serwuje niezwykle klimatyczną, nieprzekombinowaną elektronikę. To nie jest typowa łupanka, którą puści DJ w klubie Venus w Przebieździewie. To jest ta JASNA STRONA elektroniki. Ta wysmakowana.

Rozszerzenie i tak już doskonałego albumu – może być lepiej? Według mnie, większość instrumentalnych wersji bije na głowę te oryginalne. Bez słów, bez jakichkolwiek pogłosów, można wychwycić jeszcze więcej brzmień. Niby taka niewielka zmiana a mam wrażenie, że słucham kompletnie innych utworów. Nie zapominajmy też o trzech, genialnych wykonaniach live (przy „IPlayYouListen” mam łzy w oczach. Tak wiem, powtarzam to już któryś raz) i utworze „Light”, za którym szczerze mówiąc nie przepadam z racji wokalu, ale jego wersję instrumentalną mogę już zapętlać w nieskończoność.

2. Fleur de lis In the Midst of Chaos There Is Stillness

Ten norweski zespół odkryłam stosunkowo niedawno. Pierwszym ich utworem, który usłyszałam było „Abide”. „Wygrałam w muzycznego lotka” – pomyślałam. To była miłość od pierwszego dźwięku. Niezwykła harmonia zachowana pomiędzy delikatnymi i mocnymi brzmieniami, budowanie napięcia i do tego ten subtelny wokal troszkę  à la Jón z Sigur Rós.

Gdzieś z miesiąc później moim oczom ukazał się artykuł na Arctic Drones, że Fleur de lis wydali album. Szybko wyszukałam go na Spotify i po chwili do moich uszu zaczęły docierać dźwięki równie doskonałe jak w „Abide”. Chyba żaden zespół tak idealnie nie połączył delikatności z narastającą dynamiką. Zawsze podkreślam fakt, że przy post-rocku odpływam, ale ich muzyka sprawia, że jestem w kompletnie innym wymiarze. To muzyka dla marzycieli. To muzyka, która wywołuje u mnie tę słynną kumulację emocji: mam ochotę płakać ze szczęścia, wrzeszczeć, skakać… Jestem niepoprawnie zakochana w ich twórczości.

3. Nothing But Thieves Nothing But Thieves (Deluxe)

Ależ ja czekałam na ten album. Ci Brytyjczycy spełniają w 100% moje wymagania względem energetycznych, mocnych brzmień (co nie oznacza, że nie potrafią w smutek i melancholię -> słuchaj „Lover, Please Stay”). Naprawdę bardzo trudno mnie pod tym względem zaspokoić. Wiele zespołów za bardzo upodabnia utwory do siebie. Czyżby brak pomysłu? Często nie jestem w stanie rozróżnić, którego już słuchałam, a którego nie. Dostaję chaos, papkę, masę brzmień, z których nie mogę wybrać niczego dla siebie (prawie jak w sklepach z ubraniami). Brakuje w nich tej wybijającej się na pierwszy plan, charakterystycznej melodii i często nawet genialny wokal nie jest w stanie uratować sytuacji.

Nothing But Thieves dają mi wszystko, czego chcę. Ten słynny motor napędowy w postaci perkusji, charakterystyczne gitarowe riffy oraz aksamitny, mocny, seksowny wokal (ciarki za każdym razem). Słuchając tej płyty mam wrażenie, że mieli dokładnie wszystko zaplanowane. Tu żaden kawałek nie jest wepchnięty na siłę, a dostajemy ich aż 16. To płyta, po którą najczęściej „sięgam”, gdy muszę podładować baterie. I cholera jasna, nie mogę sobie wybaczyć, że nie poszłam na ich koncert.

4. Smolik, Kev Fox Smolik/Kev Fox

O tym albumie rozpisywałam się już TUTAJ jakiś czas temu. Panowie serwują nam niezwykle kojące, tajemnicze i melancholijne brzmienia.

5. Kortez Bumerang

Objawienie polskiej sceny muzycznej. Czytałam, że bilety na jego koncert wyprzedają się w nieco ponad dobę. Polacy doceniają piękną muzykę z przesłaniem? Jestem w szoku. Cieszy mnie to ogromnie.

Chciałabym słuchać go częściej, ale większość jego piosenek jest tak cholernie smutna, że musiałabym chodzić całe dnie zapłakana. Nie przesadzam. Ciepła barwa głosu i niezwykle emocjonalne, szczere teksty trafiają prosto w moje serce. Przy „Zostań” za każdym razem ryczę. Za każdym.

PS: Pisząc ten tekst akurat w radiowej Jedynce puścili „Od dawna już wiem”. Przypadek?

6. Mumford & Sons Wilder Mind

Nigdy nie przepadałam za ich twórczością. Zawsze kojarzyli mi się ze skocznym folkiem, który z każdym kolejnym przesłuchaniem drażni coraz bardziej. Aż tu któregoś dnia usłyszałam takie „Believe”, które to przez swoje podobieństwo do coldplayowskiego „Every Teardrop is a Waterfall” mocno mnie zaintrygowało. „Co? To są ci sami Mumfordzi?!” – byłam w szoku. Na początku jeszcze nie wiedziałam, czy jest to szok pozytywny (no bo inaczej) czy negatywny (nie są już charakterystyczni). Po kolejnych kilkunastu zapętleniach wiedziałam, że polubię się z ich nowym wizerunkiem.

Może i stali się bardziej „nijacy”, zwyczajni i gdyby nie głos Marcusa to ni cholery nie powiedziałabym, że to ich piosenki, ale brzmienia na Wilder Mind zdecydowanie bardziej wpasowują się w moje muzyczne gusta. Stopniowo zaprzyjaźniłam się też z ich wcześniejszą, znielubioną przeze mnie twórczością.
+ Totalnie kupili mnie występem na Open’erze. Kiedyś muszę wybrać się na ich koncert. Niosą tyle pozytywnej energii!

I to chyba by było na tyle! Brałam pod uwagę całość, bo gdybym kierowała się pojedynczymi utworami, to musiałabym jeszcze wcisnąć na listę jeszcze takich wykonawców jak RHODES, God Is An Astronaut, Dawid Podsiadło, Caspian, The Dumplings i wielu wielu innych.

Życzę Wam i sobie wielu wspaniałych muzycznych wrażeń w tym nowym 2016 roku oraz żeby Coldplay się nawrócił. Wszyscy tego chcemy.

Reklamy

Merry Christmas!

Muzycznie, Osobiście

Nie jestem fanką świąt. Z resztą chyba nigdy nie byłam. Z roku na rok coraz mniej czuję tę ich „magię”. W tym wręcz w ogóle. To nie jest dla mnie czas radości. To bardziej czas skołatanych nerwów. Ale dobra, nie będę się tutaj spowiadać i narzekać. Chciałabym Wam złożyć życzenia (i połamać się mandarynką, ale to już mogę zrobić tylko w myślach). Krótkie, bo nie mam zamiaru rzucać banałami. Napiszę jedną, najważniejszą rzecz, której szczerze każdemu życzę (oprócz fajnych prezentów oczywiście).

pre

Chciałabym żeby na Waszych twarzach jak najczęściej gościł uśmiech i żebyście otaczali się ludźmi, którzy ten uśmiech potrafią wywołać. Nie ma nic gorszego od samotności i niepotrzebnego rozmyślania, które tylko pogrąża w smutku.

Do tego dołączam zimową playlistę (nie mogło być inaczej!). Wzbudza we mnie pozytywne emocje i pomimo swojej „nieświąteczności” (no dobra, są dwa tego typu akcenty) pozwala mi troszkę poczuć ten klimat. Umili Wam chwile, w których wydłubujecie rodzynki z sernika (chorzy ludzie…) lub mak z zębów. Zero wkurzających klasyków typu „Last Christmas” bądź przetrąbionych kolęd a la Golec uOrkiestra (o zgrozo). To w większości otulające jak kordełka, kojące brzmienia, jednak nie brakuje też spontanicznych, radosnych zrywów. Ostrzegam – stężenie gitar bardzo wysokie.
Częstujcie się. Nie przytyjecie.

PS: No właśnie, jedzcie z umiarem.

 

 

PPS: Albo i nie.

Połącz kropki

Gry, Technologie

Nie, to nie będzie filozoficzny tekst o filmie Włodka Markowicza (którego z resztą bardzo szanuję). Dzisiaj będzie o jedynej grze, którą mam na telefonie. Niesamowicie uzależniającej i denerwującej jednocześnie. O grze, w którą gram już prawie rok i wciąż mi się nie nudzi. Z pewnością wielu z Was ją zna. Mowa tutaj o Two Dots.

two

Pozornie bardzo prosta. Pozornie. Na jednym poziomie można się tak zaklinować, że będziesz go przechodzić tygodniami (true story). Już rozumiesz, dlaczego przypięłam jej łatkę „denerwująca”. No dobrze, ale „O co w ogóle w niej chodzi?”. Już spieszę z jakże zaskakującą odpowiedzią: o łączenie jednakowych kropek. Po prostu.

Każdy poziom opiera się na osiągnięciu pożądanego wyniku. Te początkowe są bardzo łatwe, ponieważ Twoim jedynym zadaniem jest połączenie wymaganej ilości kropek w danym kolorze np. 30 fioletowych i 30 zielonych. Oczywiście jest limit ruchów.

Schody zaczynają się później, ale i zaczyna się większa zabawa. Dochodzą różne bajery typu kotwice, zlodowacenia, potwory zjadające kropki bądź tak zwane przeze mnie „pustaki”, czyli takie jakby Jokery – kropki przybierające dowolny kolor.

Jak grać? Za wszelką cenę staramy się tworzyć kwadraty. To powoduje, że wszystkie inne kropki w tym samym kolorze znikają z planszy. Staramy się też tworzyć jak największe czworokąty, nie tylko te podstawowe z 4 kropek. Z resztą w grze znajdziemy instrukcje, jak to wszystko robić.

Two Dots zachęca do grania już samym wyglądem. Jest przeładowana kolorami i ciekawymi animacjami. Dodajmy jeszcze możliwość połączenia swojego konta z Facebookiem i rywalizowania ze znajomymi o medale. Moi niestety nie grają tak systematycznie jak ja i praktycznie ścigam się tylko z jedną osobą (tak Błażej, jeśli to czytasz, to serdecznie Cię pozdrawiam).

Tak jak w Milionerach były trzy koła ratunkowe, tak i tutaj możemy liczyć na pomoc w kryzysowych sytuacjach np. można przetasować kropki, jeśli ich ułożenie nam nie odpowiada, bądź przed wykonaniem pierwszego ruchu otworzyć Booster Box, które pokryje wszystkie kropki jednym kolorem (a to tylko jedna z jego możliwości). Jednak żeby nie było tak kolorowo, to ta pomoc w dużej mierze jest płatna. Jeszcze mnie tak nie pogrzało, żeby płacić za pudełka ułatwiające przejście do następnego poziomu (alert: nie gwarantują tego!). Jeśli Wasze poduszki wypchane są dolarami zamiast pierzem… ok, zrozumiem i nie będę hejtować. Ja systematycznie poleruję mój order cebulactwa i jeśli już nie mogę wytrzymać, odpalam reklamę i wtedy mam pomocne pudełko za darmo (tutaj wyobraź sobie Krzyśka Gonciarza mówiącego „cebula”).

Jest jeszcze jedna kwestia… nie można grać w tę grę non stop. No dobra, można, jeśli śpi się na pieniądzach. Mamy 5 żyć. Utrata jednego to 20-minutowe oczekiwanie. Chore? Owszem, ale z drugiej strony to mądre posunięcie ze strony twórców. Na początku mojej przygody z tą grą byłam wręcz wściekła, że muszę (tak długo!) czekać. Jednak to nauczyło mnie jakiejś dyscypliny. Wiem, że mam w sobie syndrom nałogowego gracza i pewnie gdyby nie to ograniczenie, to 24 godziny na dobę wgapiałabym się w ekran telefonu (i przy okazji nic produktywnego w ciągu dnia nie zrobiła). Wiem, to nie jest Wiedźmin ani GTA, ale nawet od takiej prostej, wręcz głupiutkiej gry można się uzależnić.

Jeśli cenisz prostotę i potrzebujesz czegoś na wypełnienie chwilowej nudy, to Two Dots jest zdecydowanie dla Ciebie. Niby niepozorna a jednak wymagająca myślenia i obrania odpowiedniej taktyki gra.

Smolik/Kev Fox – duet doskonały

Muzycznie

Miałam w nagłówku napisać „recenzja albumu”, aczkolwiek „recenzja” w moim przypadku byłoby dość odważnym słowem. Bardziej pasowałoby „próba recenzji”. Nieważne. Tej płyty po prostu nie można przemilczeć. Już po pierwszym singlu promującym, wiedziałam, że będę miała co zapętlać. Wiedziałam, że tę końcówkę roku (lecz oczywiście nastawiam się na dłuższą muzyczną podróż) będzie umilać mi duet Smolik/Kev Fox.

nowe1
To, że Andrzej Smolik robi świetną muzykę wiadomo już od dawna. Każdy z nas pamięta przecież najlepszą polską reklamę – tę charakterystyczną melodię i kojący głos Artura Rojka.

Kev Fox to artysta, którego poznałam dzięki Skubasowi i piosence „Rain Song”. Jego ciepłą barwę głosu z delikatną chrypką pokochałam od razu, chociaż niektórym osobom może ona nie przypaść do gustu. Odgłosy, które wydaje, można momentami porównać do… miauczenia. Ewentualnie ładniej to ujmując – rozpaczliwego nawoływania. Jednak mi to bardzo odpowiada. Oglądając tegoroczną transmisję Open’era przekonałam się, jak bardzo charyzmatycznym jest artystą. Jego zachowanie na scenie momentami mnie wręcz bawiło. Ta ekspresja, ten niewymuszony luz… Polubiłam go jeszcze bardziej. Fakt, że razem ze Smolikiem tworzy płytę, wywołał u mnie niemałą ekscytację.

Niby mówi się, żeby nie oceniać po okładce, ale w tym przypadku przepiękny z zewnątrz album skrywa równie piękne wnętrze. Książeczka w twardej oprawie a w jej sercu czarna, matowa płyta. Te ciemne barwy z subtelnymi akcentami niebieskiego i zielonego były strzałem w dziesiątkę. Kolejny przykład na to, że prostota popłaca. Za każdym razem gdy trzymam ten album w rękach, nie mogę się na niego napatrzeć.

nowe2nowe3

„Run”, czyli utwór otwierający płytę, zaczyna się niepozornie – pianino i głos Keva. Nic więcej. Jednak nie dajmy się zwieść tej łagodności. Z każdą kolejną sekundą dokładana jest „cegiełka mocy”. W refrenie na pierwszy plan wybija się perkusja, a ja wybijam wtedy rytm nogą jak szalona. Jeśli należysz do grona osób, które nienawidzą chórków, to przybijam z Tobą wirtualną piątkę. Naprawdę rzadko kiedy mnie one nie denerwują. W tym utworze są one jednak pięknym dopełnieniem. „Run” to najbardziej żywy kawałek ze wszystkich zgromadzonych na płycie. Idealna równowaga – delikatne pianino, mocne gitarowe riffy, motor napędowy w postaci perkusji… aż sama nie wiedziałam od czego zacząć biorąc się za jego opisywanie.

Dalej mamy „Mind the Bright Lights”. Zdecydowanie spokojniejszy utwór, który zadowoli miłośników akustycznych brzmień. Można przy nim odpłynąć, ale nie zasnąć(!). Perkusja na to nie pozwala. Do tego charakterystyczne pianino. Niby spokojna a jednak nieco dramatyczna piosenka. Uwielbiam ją. Jest w mojej świętej, muzycznej trójcy wraz z „Run” i jeszcze jednym utworem, o którym będzie niedługo.

„Regretfully Yours” to taka kołysząca niespodzianka. Znów Kev wita nas swoim ciepłym głosem, a w refrenie nieco schodzi na dalszy plan, by ustąpić miejsca wokalistce Bokki. Dwa głosy pozornie niepasujące do siebie tworzą bardzo ciekawe połączenie. Mimo, że do tego utworu dość rzadko wracam, to nie mogę powiedzieć, że jest on nieudany.

„Help Yourself” to mój niekwestionowany numer 1. Dość długi, gitarowy wstęp z delikatną perkusją kupił mnie od razu. Ta piosenka roztacza niezwykłą aurę. To ten rodzaj melancholii, który kocham najbardziej. Słuchając go, mam ochotę płakać, lecz sama nie wiem dlaczego. Ze smutku? Z radości? Z tęsknoty? Za każdym razem mam dokładnie tę samą kumulację emocji. Nie wspominałam jeszcze słowem o tekstach. Muszę przyznać, tak ogólnie, że czasem mam problem ze zrozumieniem, co dany/a wokalist(k)a śpiewa. Całe szczęście Kev robi to wyraźnie. No i cóż mogę rzec… teksty są naprawdę dobre. Jednak ten w „Help Yourself” uderza on we mnie ze zdwojoną siłą.

PC090673

Warto też wspomnieć  o pogłosach. No bo jak nazwać te subtelne „uuuuuu”, „aaaaaa”? (oj, nie wygląda to dość estetycznie na tle tej dość sensownie jak na mnie sklejonej „recenzji”. No nic, chciałam, żebyście wiedzieli o co chodzi). Ten głos jest jakby schowany za mgłą. Dobiega gdzieś z daleka. To samo, z czym spotkałam się już w utworach Skubasa. Uwielbiam ten zabieg. To jeden z kluczowych elementów tworzących nastrój.

Następnym utworem jest „Hollywood”, czyli największe dla mnie zaskoczenie. Ależ on ma klimat! Jest hipnotyzująco i niezwykle tajemniczo. Nigdy nie byłam fanką głosu Natalii Grosiak (fani Mikromusic możecie mi wysłać teraz list z pogróżkami), jednak tutaj w zestawieniu z niskim wokalem Keva wypada naprawdę dobrze. Zamykam oczy i wizualizuję sobie w myślach, jak mógłby wyglądać teledysk do tej piosenki: dym, zgaszone barwy, slow motion…

„Vera Lynn” (najbardziej skoczna ze wszystkich) i „Beautiful Morning” to dwie najrzadziej odtwarzane przeze mnie piosenki. Nie są złe, bo na tej płycie takowych nie znajdziecie, jednak jakoś najmniej chwyciły mnie za serce (a raczej powinnam powiedzieć uszy).

Przedostatni utwór – „Little Older” plasuje się u mnie tuż za podium. Tutaj znów fani akustycznych, łagodnych brzmień będą zadowoleni. Klimat podobny jak w „Mind the Bright Lights”.

Utwór zamykający płytę, czyli „Clocked” przywodzi mi na myśl dziwne myśli, ponieważ perkusja brzmi dla mnie bardzo… weselnie. Widzę młodą parę, która tańczy swój pierwszy taniec właśnie do tego utworu. Zabijcie mnie za to porównanie, ale naprawdę za każdym razem mam ten obrazek w głowie. Pomijając już te moje dziwne skojarzenia, piosenka jest bardzo kojąca. Podobają mi się te chwilowe wyciszenia wszelkich instrumentów, by wyeksponować wokal.

PC090707

Płyta „Smolik/Kev Fox” to dla mnie objawienie i kolejny dowód na to, że Polacy (no dobrze, Brytyjczycy również, jednak częściej spotykam osoby, które nie doceniają polskiej twórczości) potrafią robić dobrą muzykę. To spójna i niezwykle klimatyczna płyta, które uwiedzie miłośników niebanalnych, mrocznych i melancholijnych dźwięków. To muzyka idealna na długie jesienne i zimowe wieczory, w których jak nigdy chce się uciec myślami gdzieś daleko.